piątek, 27 października 2017

Email poety do przyjaciela

W hołdzie Johannowi Wolfgangowi Goethemu

O jakże cieszę się, że wyjechałem z Warszawy!
Jest mi tutaj zresztą bardzo dobrze. Samotność, to balsam nieoceniony dla mego skołatanego serca. Miejscowość o nazwie Wyszków, gdzie przebywam, to raj prawdziwy, a wiosna tu w pełni uroczych ponęt swych i rozkwitu. Drzewa, żywopłoty, to jakby ogromne kwietne kiście, tak, że zbiera ochota zmienić się w chrząszczyka, nurzać się w tej wonnej toni i żywić się wyłącznie zapachem.
Miasto samo niczym nie pociąga, ale za to okolica niewypowiedzianie piękna.
Przedziwna pogoda ogarnęła moją duszę, niby owo zaranie wiosny, którym poję ciągle serce moje. Jestem sam i używam życia w całej pełni, bo zaprawdę, okolica ta stworzoną jest wprost dla dusz takich, jak moja.
Drogi przyjacielu, jestem tak szczęśliwy, tak bardzo utonąłem w ciszy słodkiego bytowania, że cierpi na tym poezja. Niezdolny tworzyć, niezdolny ułożyć jednego wersu, czuję mimo to, że nigdy większym nie byłem poetą jak w tej chwili.
Kiedy z uroczej wyszkowskiej doliny podnoszą się opary, a słońce patrzy z wysoka na nieprzeniknioną ciemń lasu, wysyłając jeno małe wiązki promieni w głąb tego świętego przybytku, leżę sobie w wysokiej trawie nad brzegiem szemrzącego Bugu. Przytulony do ziemi, dziwuję się rozlicznym trawkom, czuję blisko serca rojowisko mnóstwa małych robaczków i komarów, snujących się pośród źdźbeł, i patrzę na ich przedziwne, tajemnicze kształty. Wówczas czuję żywo obecność Wszechmocnego, który stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, chwytam tchnienie Tego, który wszystko swą miłością otacza i utrzymuje świat przy życiu.
Przyjacielu, wówczas ćmi mi się w oczach, a cała ziemia wokół i niebo spoczywa w mej duszy jak zjawa ukochanej. Tęsknię wonczas i myślę: ach… gdybyś to wszystko mógł wyrazić, gdybyś przelać mógł na papier to, co tak pełne, tak gorące żyje w tobie, natenczas byłoby ono zwierciadłem twej duszy, podobnie, jak dusza twoja jest odzwierciedleniem boskiej nieskończoności. Przyjacielu! Niestety, dlatego niszczeję i upadam pod tą nawałą wspaniałości zjawisk. Nie wiem, czy duchy łudzące unoszą się ponad tą okolicą, czy to płomienna, niebiańska fantazja mego własnego serca sprawia, że wszystko wokół jest takie rajskie.
Prostaczkowie miejscowi znają mnie już i lubią, zwłaszcza dzieci, które gromadami biegają za mną, wołając: pedał, pedał, pedał! Gdym zrazu zbliżał się do nich i rozpytywał poufale o to i owo, niektórzy z prostaczków mniemali, że chcę z nich drwić i odprawiali mnie w sposób co się zowie szorstki, mówiąc: spierdalaj, kurwa, cwelu pierdolony! Ale nie brałem sobie tego do serca, tylko uczuwałem nader żywo to, co już nieraz zauważyłem. Ludzie literatury trzymają się zawsze w pewnym chłodnym oddaleniu od prostego ludu, jakby się obawiali, że stracić coś mogą na zbliżeniu, ale zdarzają się wartogłowy i kpiarze, okazujący prostaczkom pozorną łaskawość po to jeno, by swawolą swą dotknąć tym boleśniej jeszcze.
Wiem, że nie jesteśmy równi i równymi być nie możemy, ale wedle mego zapatrywania, ten poeta, który odsuwa się od tak zwanego motłochu, by zachować swe dostojeństwo, jest równie godny nagany jak tchórz, unikający przeciwnika z obawy porażki.
Niedawno przyszedłszy do obszernego składu przy wyszkowskim rynku o jakże celnym mianie Biedronka, zastałem młodą kobietę z gminu w potrzebie. Postawiła pokaźnych rozmiarów torbę z zakupami na podłodze i rozglądała się, czy nie zjawi się jakaś jej towarzyszka, chętna do pomocy w dźwignięciu ciężaru do pojazdu mechanicznego czekającego na dziedzińcu. Podszedłem i spojrzałem na nią.
— Czy pomóc panience? — spytałem. Twarz jej oblała się żywym rumieńcem. — Odwal się pan! — powiedziała. — Niewielka to rzecz — zapewniłem skonfundowaną dziewicę.
Dźwignąłem jej brzemię i poniosłem do pojazdu mechanicznego. Wsiadła do niego bez słowa i odjechała z piskiem gum na kołach.
Porobiłem rozmaite znajomości w Wyszkowie, towarzystwa jednak nie znalazłem do tej pory. Nie wiem, co mogę mieć w sobie pociągającego dla tych ludzi, wielu z nich mnie lubi, kupią się wkoło mnie, a kiedy zdarza się, że drogi nasze niewielką tylko przestrzeń razem biegną, przykro mi się robi. Gdybyś spytał, jacy tu są ludzie, odparłbym, że tacy, jak wszędzie. Kondycja ludzka to rzecz nad wyraz jednostajna! Większość spędza na pracy przeważną część życia, by żyć, a owa znikoma cząstka wolności, jaka im pozostaje, napawa ich taką obawą, iż czynią, co mogą, by jej się wyzbyć co prędzej.
Ale jest to lud dobry i poczciwy! Bardzo dobrze się czuję, gdy się czasem zapomnę, zażyję z nimi rozrywek, na jakie jeszcze wolno sobie pozwolić, gdy siedząc u obficie zastawionego stołu, pożartuję w szczerości ducha swobodnie, zrobię wycieczkę, potańczę przy sposobności, czy coś podobnego uczynię. Lecz nie śmie mi wówczas przyjść na myśl, że tyle spoczywa we mnie odmiennych, utajonych sił, niezużytych, marniejących, które muszę ukrywać tak starannie. Ach, jakże to obezwładnia serce… a przecież przeznaczeniem ludzi mnie podobnych jest nie znaleźć zrozumienia.
Na tym kończę ten krótki siłą rzeczy email i spodziewam się, że mi na niego w dogodnej dla siebie porze odpiszesz. Tylko proszę, nie wysyłaj kopii naszej korespondencji, jak to masz we zwyczaju, do wszystkich warszawskich znajomych, których adresy masz w swojej elektronicznej książce adresowej.

Twój szczerze
W.


czwartek, 28 września 2017

Jak zostałem skończoną dziwką za czterdzieści tysięcy miesięcznie


Zostałem skończoną dziwką za czterdzieści tysięcy miesięcznie, żeby być szczęśliwym i żeby nie być nieszczęśliwym, co na jedno wychodzi i zaraz to wyjaśnię.
Kiedy jeszcze nie byłem skończoną dziwką, dostawałem dwadzieścia tysięcy miesięcznie i byłem z tego powodu szczęśliwy. Kobieta, która ze mną była, była szczęśliwa, że biorę dwadzieścia tysięcy miesięcznie i nie jestem skończoną dziwką. Wtedy mi zaproponowano czterdzieści tysięcy miesięcznie za bycie skończoną dziwką.
Już w momencie, kiedy wysunięto ofertę bycia skończoną dziwką za czterdzieści tysięcy miesięcznie, poczułem się mniej szczęśliwy z tego powodu, że dostawałem tylko dwadzieścia tysięcy, nieważne, czy za bycie skończoną dziwką, czy nie. W drugim punkcie powiadomiono mnie, że moje niebycie skończoną dziwką za dwadzieścia tysięcy miesięcznie wygasa wraz z przedstawioną ofertą. Wtenczas przestałem być szczęśliwy i zrobiłem się nieszczęśliwy. Aby znowu być szczęśliwym, przyjąłem ofertę i zgodziłem się zostać skończoną dziwką za czterdzieści tysięcy miesięcznie. W odróżnieniu ode mnie kobieta, która ze mną była, przestała być szczęśliwa i zrobiła się nieszczęśliwa, kiedy zostałem skończoną dziwką, nieważne, czy za dwadzieścia, czy za czterdzieści tysięcy, w wyniku czego przestała być ze mną.
Kobieta, która teraz jest ze mną, od początku wie, że jestem skończoną dziwką, za co pobieram czterdzieści tysięcy miesięcznie, ponieważ jest ze mną właśnie z tego powodu, że dostaję czterdzieści tysięcy miesięcznie. Nie tylko kobieta, z którą jestem, wie o tym, że jestem skończoną dziwką. Każdy wie, że jestem skończoną dziwką za czterdzieści tysięcy. Przyjaciele, koledzy, rodzina, znajomi i nieznajomi. Wszyscy wiedzą, że się kurwię, bo robię to publicznie i moja twarz jest z kurestwa znana.
Kobieta, która teraz jest ze mną, nie byłaby ze mną, gdybym nie brał czterdziestu tysięcy miesięcznie, ale dwadzieścia, o dziesięciu nie wspominając. Gdyby jednak nadal była ze mną, byłaby znacznie mniej szczęśliwa. Najprawdopodobniej w krótkim czasie zrobiłaby się nieszczęśliwa i tak samo jak kobieta, która przedtem ze mną była, prędko przestała być ze mną.
Pod tym względem ze mną jest tak samo jak z kobietą, która obecnie jest ze mną. Gdyby w tej chwili ktoś mi zaproponował dwadzieścia tysięcy, nieważne czy za kurwienie się, czy za niekurwienie się, nie przyjąłbym oferty, bo byłbym mniej szczęśliwy. Byłbym o wiele mniej szczęśliwy, a to znaczy, że byłbym nieszczęśliwy. Za dziesięć tysięcy byłbym jeszcze bardziej nieszczęśliwy niż za dwadzieścia, o pięciu nie wspominając.
Co innego, gdybym na początku dostawał pięć tysięcy, nieważne czy za kurwienie się, czy za niekurwienie się, i wtedy by mi zaoferowano dziesięć tysięcy za niekurwienie się. Zgodziłbym się i był zupełnie szczęśliwy. Ponieważ jednak wcześniej miałem dwadzieścia tysięcy za niebycie skończoną dziwką, to kiedy mi zaproponowano czterdzieści tysięcy za kurestwo, nie mogłem być w pełni szczęśliwy za dwadzieścia, tym bardziej że za dwadzieścia tysięcy nie mogłem się już dłużej nie kurwić, mogłem tylko kurwić się za czterdzieści tysięcy albo nie kurwić się za nic. Ale nawet gdybym mógł wybierać, czy kurwić się za czterdzieści tysięcy miesięcznie, czy nie kurwić się za dwadzieścia, to wybrałbym czterdzieści tysięcy, żeby być szczęśliwym.
Toteż zgodziłem się zostać skończoną dziwką za czterdzieści tysięcy miesięcznie, żeby być szczęśliwym i żeby kobieta, która jest ze mną, była szczęśliwa i żeby była ze mną, gdyż mogła być ze mną tylko wtedy, kiedy była szczęśliwa, a była szczęśliwa właśnie dlatego, że dostawałem czterdzieści tysięcy miesięcznie, nieważne, czy jestem skończoną dziwką, czy nie jestem.
Więc krótko. Dlaczego zostałem kurwą? Ze względu na pieniądze, które pozwalają godnie żyć.


czwartek, 21 września 2017

Przygotowanie trupa wolności i demokracji do pogrzebu


Aby przygotować martwą wolność i demokrację do pogrzebu, potrzebne są środki, które dobrze kryją pośmiertne zmiany. Niezbędne są kosmetyki do makijażu i materiały do rekonstrukcji uszkodzonych zwłok: substancje do odlewów, silikony, woski. Ponadto należy zaopatrzyć się w płyny i pompy do balsamacji oraz takie przybory jak szpatułki, igły, strzykawki i pęsety.
Czynności, jakie trzeba wykonać, żeby ze śmiercią było wolności i demokracji do twarzy, zależą od tego, w jakim stanie są zwłoki. Zanim obejrzy się trupa, warto popatrzeć na kartę zgonu. Dobrze jest wiedzieć, czy wolność umarła na zawał, wylew, zakażenie oraz czy demokracja miała guz mózgu, raka płuc, marskość wątroby, niewydolność nerek. Do każdego przypadku trzeba dobrać odpowiednią technikę postępowania, procedury nie są takie same.
Sytuacja jest najtrudniejsza, gdy doszło do rozległych uszkodzeń, rozerwania aorty albo wysięku krwi do serca. Trzeba się wówczas nagłowić, jak uszczelnić rozerwane naczynia, żeby podać płyny odkażająco-konserwujące. Zanim takie płyny się poda, trupa wolności i demokracji należy zdezynfekować, ponieważ po śmierci rozpoczyna się proces gnilny, zwłoki parują, w wilgotnych warunkach pojawiają się bakterie i grzyby. Później zwłoki się myje, goli, obcina paznokcie, podcina włosy. Dopiero potem można przystąpić do balsamowania.
Trzeba znaleźć naczynie krwionośne, zrobić nakłucie i podłączyć przyrząd, który przypomina kroplówkę. Dzięki specjalnej pompie, która imituje pracę serca, wypierana jest krew, a jej miejsce zajmuje płyn konserwujący. Minimalnie podaje się siedem litrów, czasami nawet czternaście, zależnie od tego, jak duża była wolność oraz jakiej postury była demokracja. Kroplówka leci mniej więcej dwie godziny, w tym czasie masuje się zwłoki. Celem masowania jest to, żeby płyn konserwujący równomiernie się rozszedł po zwłokach. Po tym zabiegu martwa wolność zaczyna wyglądać jak żywa, trup demokracji nabiera koloru, wyraz twarzy łagodnieje. Do każdej karnacji skóry jest inny płyn. Dla młodszych rodzajów demokracji, u których za życia skóra była aksamitna i różowa, idealny jest płyn o nazwie Plasdopake. Bardzo dobry jest też Chromatech. Dzięki niemu skóra wolności wygląda po śmierci naprawdę bardzo ładnie, świeżo, delikatnie.
Śmierć zawsze zostawia odcisk na twarzy trupa wolności i demokracji. Widać wyraźnie, czy wolność umierała długo i w bólu, czy demokracja odeszła szybko i bezboleśnie. Przedśmiertne cierpienie maluje się mocno na obliczu nieboszczek i trudno je zetrzeć. Najładniej wygląda wolność, która umarła we śnie. Ma na twarzy błogi spokój. Demokracja, która umarła nagle i niespodziewanie, ma na twarzy wyraz zaskoczenia. O ile oczywiście twarz się zachowała.
Jeśli nie, robi się rekonstrukcję. Gdy brakuje tylko oka, nosa czy ucha, praca nie jest skomplikowana. Więcej czasu potrzeba, gdy doszło do rozległych uszkodzeń. Czasami, żeby efekt był dobry, praca nad twarzą zabiera wiele godzin. Są specjalne masy, dzięki którym udaje się odtworzyć wszystko z takimi szczegółami, że widać nawet pory na skórze.
W przypadku braku ręki albo nogi są specjalne formy z pianki. Dłoń zazwyczaj robi się z odlewu silikonowego. Medyczny silikon jest w dotyku tak miły jak skóra.
Zdarzają się sytuacje, kiedy z trupem wolności i demokracji jest tak źle, że nie da się nic pozszywać, poprawić, upiększyć. Dzieje się tak, gdy doszło do spopielenia wolności albo do utonięcia demokracji. Jeśli zwłoki demokracji bardzo długo przebywały w wodzie, są już na ogół czarne, potężnie zmienione, nabrzmiałe, bezkształtne. Można zastosować produkty do obsuszenia i włożyć to, co z demokracji zostało, w specjalny kombinezon, który pozwoli nadać jej rozpoznawalny kształt, oraz zastosować zabieg powstrzymujący dalszy proces rozkładu. Z popiołem po wolności praktycznie nic sensownego nie da się zrobić oprócz powierzchownego oczyszczenia i przesiania.
Bywa, że z trupem wolności i demokracji nie robi się nic ponad umycie i ubranie, bo niczego więcej nikt nie oczekuje. Tylko że wtedy, w czasie ostatniego pożegnania, widzi się zwłoki wolności w plamach opadowych, sine. Martwa demokracja ma oczy zapadnięte, usta jakby jej zniknęły. Jeśli nie powstrzyma się procesu gnilnego, to aż strach takich zwłok dotknąć.
Rodzi się pytanie, co się czuje, gdy się  kształtuje i poprawia zwłoki wolności i demokracji. Nie wolno myśleć o tym, że wolność ktoś kochał albo że demokracja była komuś droga i miała straszną śmierć. Nie wolno sobie wyobrażać tego wszystkiego, co się wolności przydarzyło. Jeśli podczas przygotowania trupa wolności i demokracji do pogrzebu zacznie się te sprawy rozważać, można skończyć w szpitalu psychiatrycznym. I bez tego nie jest lekko.
Zalecenia są takie, żeby przy zwłokach wolności i demokracji nie pracować samemu, tylko zawsze z kimś innym. Potrzebny jest ktoś do pomocy, gdy trzeba podnieść zwłoki. Ale też na wypadek, gdyby się zasłabło, wystraszyło. Czasami praca przeciąga się do północy. Można się poczuć nieswojo. Wystarczy źle odłożyć narzędzie, ono spadnie i wystraszy na śmierć. Wyobraźnia podsuwa widok podnoszącej głowę martwej demokracji i wolności schodzącej ze stołu sekcyjnego. Grozi wtedy zawał serca, potrzebny jest ktoś, kto by w takiej sytuacji wezwał pomoc.
Balsamowanie wolności i demokracji przed pogrzebem jest pożyteczne, bo wtedy nie trzeba bać się zakażenia. Zwłoki są zdezynfekowane, zakonserwowane i o wiele lepiej wyglądają. Poza tym nie rozkładają się, tylko mineralizują, wysychają. W ciągu kilku lat od pogrzebu rozpadną się, zamienią w proch. Niezabalsamowane zwłoki wolności i demokracji szybko gniją. Najpierw pojawia się zielona plama pod żebrami, po prawej stronie. To znak, że rozkłada się jelito grube. Z czasem plama obejmuje cały brzuch i rozszerza się na resztę trupa. Gazy gnilne powodują, że wewnątrz tworzą się pęcherze, narządy nabrzmiewają, nabierają ciastowatej konsystencji, skóra pęka, wyciekają płyny limfatyczne. Przy gnijących ciałach pojawiają się muchy, później chrząszcze, roztocza.
W płynach do balsamacji są środki odstraszające owady, więc na zabalsamowane zwłoki wolności i demokracji mucha nie siądzie. Przy czym to nie są bynajmniej niemiłe wonie. Są płyny konserwujące, które w ogóle nie pachną. Niektóre mają zapach syropu owocowego, jeden posiada aromat poziomki.
Przed pogrzebem wskazane jest zrobić wolności i demokracji makijaż. Przynajmniej zaznaczyć brwi, rzęsy, usta, w zależności od tego, jak zmarłe lubiły się malować. Czarna kreska na powiece, róż na policzkach, na ustach czerwona szminka. Samego tylko czerwonego koloru jest na palecie dziesięć odcieni.
Należy zadbać o fryzurę nieboszczek. Jest sporo wymagań, jeśli chodzi o uczesanie, trzeba być biegłym we fryzjerstwie. Dobrze jest pójść do salonu, podejrzeć trendy. Poza tym trzeba nauczyć się strzyc i układać włosy szybko i sprawnie, bo nie ma czasu, żeby nakręcać włos na wałki, kiedy za godzinę ma być ostatnie pożegnanie.
Ważne jest, żeby nie spotkać się z zarzutem, że denatki źle wyglądają albo że po śmierci nie są do siebie podobne. Oczywiście nawet najlepsze przygotowanie trupów wolności i demokracji do pogrzebu nie sprawi, że ci, którym na nich zależało, pogodzą się z ich śmiercią. Ale gdy zobaczą zadbane ciała, będą spokojniejsi. Gdy w trumnie leżą zwłoki w fatalnym stanie, bo nikt nie zadał sobie trudu, żeby zatrzeć ślady śmierci, wówczas osoby, którym wolność i demokracja były bliskie, mogą wpaść w histerię, panikę.
Czasami lepiej jest w ogóle nie patrzeć, nie podnosić wieka trumny. Ale wielu ludzi nie wyobraża sobie, żeby ten ostatni raz nie zobaczyć wolności i demokracji i nie pożegnać się z nimi. Nie chcą żyć z myślą, że nie są do końca pewni, kto jest w trumnie. Albo że wolność i demokracja leżą w trumnie bez butów, obleczone w worek, a ich ubranie ktoś na tym worku jedynie położył.


środa, 13 września 2017

Ojciec populistycznego polityka zastanawia się

W hołdzie Davidowi Fosterowi Wallace'owi

Po urodzeniu przeważnie spał. Nassał się mleka matki i spał. Ssał dużo, ile tylko mógł, dosłownie ile wlazło. Jak nie z jednego, to z drugiego sutka. Ciągnął z obu, na zmianę. Od urodzenia łakomy, nastawiony na wykorzystywanie, dojenie. Matka pozwalała drenować się bez umiaru. Cieszyła się, że tak dobrze je, ma apetyt, smakuje mu. Urośnie duży. Trzeba go było nosić i kołysać, aż mu się odbije. Był taki opity, że mu się ulewało cuchnącą serwatką. Robił zadowoloną minę. Lubił, żeby go noszono na rękach.
Był brzydki, pomarszczony. Ale matka była zachwycona. Mówiła, że jest do mnie podobny. Wykapany tata. Wprawdzie mógłbym ją poprawić, że bynajmniej nie wykapany, tylko z pełnego wytrysku, ale byłby to żart zbyt prostacki jak na inteligenta. Rzekomo natura tak to urządziła, że noworodek jest podobny do ojca. Żeby ojciec nie miał wątpliwości. Ja nie miałem. Żona była mi wierna, kochała mnie jako prawowitego męża, nigdy by mnie nie zdradziła. Ona i skok w bok nie przystawały do siebie. Jednak syn nie był do mnie podobny. Ani trochę.
Kiedy nie spał albo nie opijał się mlekiem matki, nie eksploatował jej łapczywie, to się wydzierał. Zwłaszcza w nocy. Jakby nie mógł zbyt długo znieść tego, że nikt nie zwraca na niego uwagi, nie szczebiocze do niego przymilnie, nie kołysze do snu, nie nosi na rękach, nie tuli i nie lula. Tych parę godzin, kiedy nie był w centrum uwagi, doprowadzało go do rozpaczy. Wrzeszczał, jakby mu się działa straszna krzywda. Nie dawał nam się wyspać, padaliśmy z nóg, ale co go to obchodziło.
Ochrzciliśmy go w wieku niemowlęcym. Nie byłem religijny, od lat unikałem kościoła, dlatego zaproponowałem, żebyśmy z chrztem poczekali. Niech syn sam wybierze. Jak podrośnie, podejmie świadomą, przemyślaną decyzję. Czemu decydować za niego. Żona nie pojmowała. Jak to? Tyle lat bez chrztu? Jak Żyd albo Jehowa? Tłumaczyłem, że przecież nie będziemy go wychowywać na Żyda ani świadka Jehowy. Zmoczenie główki wodą i wypowiedzenie formułki nie czyni z niemowlęcia chrześcijanina, tak jak niezmoczenie główki wodą i niewypowiedzenie formułki nie czyni z dzidziusia ani Żyda, ani świadka Jehowy, ani muzułmanina, ani hinduisty, ani buddysty, ani nawet animisty. Niemowlę a nawet kilkuletnie dziecko nie wyznaje żadnej religii, tylko słucha rodziców, jak piesek. Ale jak go wychowamy bez chrztu. Jako kogo? Jako porządnego człowieka. Porządnego człowieka?
Uległem z rozsądku. Żona była łagodną, prostolinijną, przywiązaną do tradycyjnych zachowań kobietą. Nie chciałem mieć w domu wojny. Zawieźliśmy syna do kościoła i ksiądz go ochrzcił. Jak on się darł. Jakby go wrzątkiem polano. Był zły, bo go obudzono, kiedy tak smacznie spał. Był zły, bo poczuł głód, a nie dano mu czym prędzej jeść. Ceremonia chrztu go w ogóle nie zainteresowała.
Kiedy podrósł, zaczął raczkować, stawiać pierwsze kroki, uważał, że wszystko mu wolno, że to, czego on chce, jest najważniejsze. Mleko nagle stało się niedobre, już mu nie wystarczało. Od kaszki i zupki jarzynowej odwracał głowę, wypluwał na śliniak. Wył, prężył się i krzywił, jakby mu kazano pić ocet, jeść piołun. Chciał słodyczy i słodzonych napojów. Pakował czekoladki do buzi pełnymi garściami. Ciekło mu z ust brązową mazią na dywan w salonie, wycierał brudne ręce w sofę i krzesła. Pod moją nieobecność matka pozwalała mu jeść, co zechce, ile zechce i gdzie zechce. Chodziła za nim ze ścierką i wycierała. Wracałem do domu i widziałem ślady, plamy, zabrudzenia. Nie wołał na nocnik, nie szedł do łazienki. Lał i rąbał kupę bez słowa, kiedy miał ochotę, w dowolnie wybranym miejscu. Patrzył zaciekawiony na to, co nafajdał, zadowolony, kiedy matka po nim sprzątała. Ja jako ojciec robiłem to rzadziej. Matka zajmowała się jego kupą tak po prostu, jakby wykonywała coś zwyczajnego, nawet się przy tym uśmiechała. Ja musiałem zaciskać szczęki i powstrzymywać odruch wymiotny. On miał minę, jakby łaskę wszystkim robił, powalając wąchać i oglądać to, co napsocił.
Ściągał ze stołu i z półek różne rzeczy, wszystko, czego udało mu się dosięgnąć. Nie słuchał, kiedy mu się mówiło: nie rusz. Pchał przedmioty do buzi, walił nimi o podłogę, rozbijał i tłukł. Nie wiem, czy przede mną czuł większy respekt, bo w mojej obecności był ostrożniejszy. Broił mniej, a jak coś zmalował, dobrze wiedziałem, że specjalnie, robił płaczliwą minę niewiniątka. Kiedy podnosiłem głos i go strofowałem, starając się jasno postawić zakaz i stanowczo go egzekwować, i kiedy mu wyjaśniałem, że to, co robi, jest złe, patrzył na mnie wzrokiem przestraszonym i wyzywającym zarazem, jednocześnie obrażony i zbuntowany. Jego usta wykrzywione do płaczu stawały się zacięte. Jeżeli w pobliżu była matka, od razu uderzał w głośny płacz, przywoływał ją swoim bekiem i płakał oskarżycielsko, a ona go przytulała i usprawiedliwiała, mówiąc, że przecież nie chciał, że to przez przypadek, dziecko jest ciekawe świata, chce się bawić.
Dostawał drogie zabawki i wcale ich nie szanował. Klocki lego, zdalnie sterowane samochodziki, co tam tylko dusza dziecka zapragnie. Nudził się nimi szybko i psuł. Łamał, rozbijał, tłukł w drobny mak. Miał w nosie, ile te zabawki kosztowały i kto na nie zapracował. Musiał mieć to, co chciał i koniec. Już, teraz, zaraz, natychmiast. Darł się, tupał nogami, kładł się na podłodze i histeryzował w sklepie, doskonale zdając sobie sprawę, że matce będzie wstyd i dla świętego spokoju kupi mu to, czego się domaga. I nic nie powie ojcu. Nie był zdolnym ani inteligentnym dzieckiem, ale bez trudu manipulował matką, był w tym od małego zręczny. Ze mną mniej próbował, bo nie dałem się tak łatwo szantażować, nie mógł mną sterować. Wiedział, że umiem go przejrzeć na wylot i kiedy trzeba, powiem nie, sprzeciwię się albo go zignoruję.
Nie był zdolny ani inteligentny, taka jest prawda. Kto miał wiedzieć o tym lepiej ode mnie? Pomagałem mu w lekcjach, tłumaczyłem matematykę i ortografię, ćwiczyłem z nim język obcy. Ciężko mu wszystko przychodziło. Najprostsze rzeczy, dodawanie i odejmowanie, tabliczka mnożenia. Zasad ortografii spamiętać nie umiał, a jak wygląda poprawnie napisany wyraz nie wiedział, bo nic nie czytał ani nie pisał. Matka mu czytała na głos, prowadziła jego rękę przy pisaniu. Składanie liter sprawiało mu fizyczny nieomal ból. Ręczne pisanie było torturą. Talentu do języków nie miał za grosz. Ani w szkole, ani na studiach nie nauczył się żadnego języka obcego na poziomie choćby podstawowym.
Pierwsza komunia. Zawsze byłem zdania, że dzieci za wcześnie przyjmują ten sakrament. Koncepcja grzechu jest trudna do zrozumienia dla ośmioletniego brzdąca. Co oni wiedzą o świecie? Co oni wiedzą o życiu? O przeistoczeniu chleba i wina w ciało i krew Chrystusa nie ma nawet co wspominać. Ale z moim synem i paru jego kolegami było na odwrót. Oni wiedzieli i widzieli za dużo. Byli przedwcześnie nie tyle dojrzali, co zepsuci. Naoglądali się ohydnej pornografii i drastycznych okrucieństw na tablecie i smartfonie. Powtarzałem żonie, że za wcześnie na takie zabawki, zaczekajmy do komunii, wtedy dostanie. Jak mu damy tablet i smartfon w pierwszej klasie, to co mu podarujemy na komunię? Zegarek? Ale jego koledzy mieli, więc on też musiał mieć.
Podsłuchałem niechcący ich rozmowy, kiedy wracali z kościoła po próbie przed pierwszą komunią. Nawet nie o to chodzi, że śpiewali prześmiewczo: oto jest dżem, oto jest dżem, który dał nam Pan. Szło o bluzgi, jakich nie powstydziliby się gangster i dziwka. Był to język, jaki uznano by za normalny tylko w najbardziej patologicznych rodzinach. Gdzie oni takie rzeczy słyszeli? Wszyscy z dobrych domów, z porządnych i dobrze sytuowanych rodzin należących do klasy średniej. Byłem do tego stopnia zniesmaczony, że nie powiedziałem żonie, która by mi i tak nie uwierzyła. Albo by udała, że nie wierzy.
Ona była ślepa, albo lepiej: zaślepiona, ale nie całkiem i nie do końca. Przejrzała na oczy, kiedy było za późno. Był nastolatkiem. Radził sobie w szkole, chociaż z trudem. Szału nie było, ale za każdym razem dostawał promocję i brnął do następnej klasy. Nie miał dobrych stopni, ale dawał radę. Nie wiedzieć czemu nauczyciele uważali go jednak za zdolnego, tyle że leniwego. Gdyby tylko zechciał i zabrał się do roboty, mógłby wiele osiągnąć, mówili. Zmanipulował ich. Matka już wtedy wiedziała, że myślą tak dlatego, że syn umie im się przypochlebić. Poniewczasie dostrzegła to, co ja widziałem od dawna. Syn umiał kłamać. Lekko i naturalnie. Kłamał jak z nut, prawie tak samo często i bezwiednie, jak oddychał. Umiał symulować to, co było dla niego korzystne. Udawał chorobę, kiedy nie chciało mu się iść do szkoły, bo wolał grać na komputerze, albo kiedy był test.
Kiedy dojrzał płciowo, bez skrupułów wykorzystywał dziewczyny. Matka wiedziała, przychodziły do niej zapłakane po pomoc, ale co ona mogła poradzić? Czy mogła zmusić syna do miłości? Czy mogła go zmusić do tego, żeby był wrażliwy, dobry, prawdomówny, szczery? Nie mogła. Nawet nie próbowała.
Kryła go, kiedy ledwo wyrósłszy z wieku dziecięcego, pił alkohol i palił papierosy. Wyrośnie z tego. Ja też tak myślałem i machałem ręką. Nigdy nie byliśmy sobie bliscy, ale wtenczas byliśmy już sobie zupełnie obcy. Ja i syn. Na studiach brał narkotyki. Dla zabawy, dla szpanu, bo to było dobrze widziane. Wyrośnie z tego. Młody człowiek musi wszystkiego spróbować. Młodość musi się wyszumieć. Dawaliśmy mu za dużo pieniędzy, nie potrzebował na siebie pracować. Miał czas na naukę, ale ponieważ się nie uczył, miał czas na inne rzeczy.
Tylko nie potrafił znaleźć czasu dla matki, kiedy zaczęła chorować, dosyć poważnie. Nawet bardzo poważnie, nie wtajemniczaliśmy syna w medyczne szczegóły. Siedziałem przy niej godzinami, podawałem lekarstwa, sprzątałem, gotowałem, robiłem zakupy. Syn rzadko bywał w domu. Nie sądzę zresztą, żeby jeszcze uznawał to miejsce za swój dom. Był ciałem i duchem gdzie indziej. Przyjeżdżał na chwilę i udawał, że się martwi, że mu na matce zależy. Przynajmniej na tyle wydoroślał, żeby wiedzieć, że takie rzeczy wypada udawać. Czy matka dała się nabierać na jego sfingowane synowskie przywiązanie? Pewnie nie, ale nawet sama przed sobą nie mogła się do tego przyznać. Dla niej, jako matki, byłaby to całkowita klęska. Całowała go w czoło, on brał ode mnie pieniądze i już go nie było.
Był gorzej niż przeciętnym studentem, egzaminy zdawał z poprawami na dostateczny, raz zawalił rok. Czegoś się jednak uczył. Nie wiem dokładnie czego i od kogo, ale posiadł umiejętność mówienia tego, co ludzie chcą usłyszeć, choćby to było coś nieprawdziwego, głupiego i podłego. Sugerował bez zająknienia, że ci, którzy są inni niż ci, którzy go słuchali, są gorsi. Więc ci, którzy go słuchali, czuli się lepsi i klepali go po plecach. Im był starszy, tym lepiej mu to wychodziło. Mam na myśli budzenie niechęci, obrzydzenia, agresji. Nie do siebie, oczywiście, tylko do innych, obcych. Szczególnie do tych, którzy byli odmienni, słabsi i potrzebowali pomocy. Tymi, do których nie udawało się obudzić obrzydzenia, straszył. Tymi, których naprawdę należało się lękać, bo byli silni, nie straszył, gdyż się ich bał. Jako dwudziestoparolatek był w pełni ukształtowanym człowiekiem. Nie można go było uczynić lepszym ani gorszym.
Mądrzy i dobrzy ludzie stronili od niego, ale wśród tych, którzy nie byli mądrzy i dobrzy, był popularny. Na zawołanie potrafił okazać się okrutny i bezwzględny, więc cieszył się względami prymitywnych i brutalnych.
Czy powinienem reagować wcześniej, kiedy jeszcze dało się coś z tym zrobić? Zastanawiam się. Nie chciałem w domu wiecznej wojny, wolałem spokój, przymykałem oko. Żona mnie kochała, ale gdyby musiała wybierać: albo on, albo ja, czy stanęłaby po mojej stronie? Nie odważyłem się sprawdzać, tylko tak się zastanawiam. Ostatecznie to on był krwią z jej krwi, kością z jej kości, nie ja. Dało się zaważyć między nimi fizyczne podobieństwo. Między mną a synem nawet tego nie było.
Po uzyskaniu dyplomu syn nie podjął normalnej pracy. Został zawodowym politykiem. Tymczasem żonie się pogorszyło. Prędzej czy później to musiało nastąpić. I tak długo z tym żyła. Kilka podarowanych lat. Koniec końców stało się to, co było nieuniknione. Jej stan okazał się beznadziejny, terminalny, jak mówili lekarze.
Akurat toczyła się kampania wyborcza, szła polityczna gra o dużą stawkę. Syn był zbyt zajęty, żeby odwiedzić matkę w szpitalu. Trzymałem ją za rękę, kiedy umarła. On przyjechał na pogrzeb, jak już wszystko było załatwione. Porobił zdjęcia, wrzucił do sieci. Nawet na stypie nie został.
Populistyczna partia syna wygrała wybory, moja żona przegrała życie. A ja? Zastanawiam się.


piątek, 1 września 2017

Elegia na miłość


Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże.

Od wczesnego dzieciństwa miałem dar do języków. Jeszcze przed ukończeniem roczku wymówiłem pierwsze słowa, w wieku dwóch lat wypowiadałem się pełnymi zdaniami, jako trzylatek recytowałem z pamięci długie rymowanki.
– Jak pięknie mówi. Aniołek – słyszałem od babć, dziadków, cioć i wujków. – Jest słodki. Ma anielski głos – zachwycali się znajomi rodziców.
Wychowawczynie w przedszkolu i nauczycielki nauczania początkowego nazywały mnie cherubinkiem i wyznaczały do deklamowania wierszy na uroczystościach rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego. W starszych klasach szkoły podstawowej i w szkole średniej byłem najlepszy nie tylko z języka ojczystego, ale także z języków obcych. Wygrywałem konkursy i olimpiady. Posługiwałem się czterema językami obcymi równie biegle jak ich rodzimi użytkownicy.
Koleżance ze studiów mówiłem miłe rzeczy, patrzyła mi w oczy rozanielona, zgodziła się na seks. Po pewnym czasie zerwała ze mną.
– Wiesz co? Jesteś cymbał – powiedziała ze łzami w oczach. – Brzęczący cymbał. Pusty w środku, słyszysz? – postukała w próżne blaszane pudełko po ciastkach.
Należałem najwybitniejszych absolwentów najbardziej prestiżowej uczelni w kraju. Po ukończeniu studiów podjąłem pracę jako makler i doradca inwestycyjny. Wiedza, którą posiadłem na temat instrumentów finansowych, inwestycji i rynków kapitałowych obejmowała całość tego, co dało się znaleźć w książkach, czasopismach i internecie. Moja profesja nie miała przede mną tajemnic. Umiałem przewidzieć hossę i bessę, boom i kryzys, osłabienie i wzmocnienie waluty, wzrosty i spadki na giełdzie, tendencje i fluktuacje. Mówiono, że mam dar prorokowania. I wiarę, która góry przenosi.
– Wierzcie mi – mówiłem inwestorom. – To przyniesie wam góry pieniędzy.
I przynosiło zarówno im, jak i mnie. Niekiedy tylko mnie.
Inwestowałem na własny rachunek. Grałem na spadki i wzrosty, do których sam się przyczyniałem, spekulowałem na walutach, osłabiając je i wzmacniając, kontraktami na zakup i sprzedaż podbijałem  i obniżałem ceny towarów, których nie widziałem na oczy. Stałem się bogatym człowiekiem.
– Wiesz co? Jesteś niczym! – powiedział mi jeden z moich dawnych kolegów, razem zaczynaliśmy karierę, on później zmienił branżę. – Po prostu zero, nul.
Przeszedłem na wczesną emeryturę i zacząłem łożyć coraz większe sumy na cele dobroczynne. Rozdałem cały majątek. Pracowałem w hospicjum dla osób terminalnie chorych. Wypaliłem się.


wtorek, 16 maja 2017

Miejsce dla inwalidy

W hołdzie Wieniediktowi Jerofiejewowi

Nawet moja matka nazywała mnie skurwysynem. Nie ze złości, tylko tak, pieszczotliwie. Kobieta pamiętała czasy, kiedy powietrze było czyste, a seks brudny. Teraz świeżego powietrza nie ma, za to seksu na każdym kroku wala się w bród.
O, nawet w tym momencie, żeby daleko nie sięgać, leżę w łóżku z Wioletą. Czy z tego wynika, że śpiącą koło mnie Wioletę jako ostatnią w kolejności dupczyłem? Prawdopodobnie, ale głowy bym za to nie dał ani żadnego z moich członków, zwłaszcza penisa. Prędzej rękę bym sobie dał urżnąć. Moja matka mawiała: „Mężczyzna może nie mieć ręki albo nogi, ale nie może być inwalidą”.
Zastanówmy się. Przecież pomiędzy jednym a drugim ciupcianiem jest czas przeznaczony na odrobinę refleksji. Wiele na to wskazuje, że przed Wioletą przewaliłem Andżelikę. Ale może to nawet było później, po Wiolecie? Człowiekowi wszystko się zlewa. No, ale powiedzmy, że wpierw wydupczyłem Wioletę i ona zasnęła, a dopiero potem dobrałem się do Andżeliki. Tak też być mogło.
„A co przedtem?” – zapytacie. „Kogo wcześniej ruchałeś, Beniu, jeszcze przed Andżeliką? Kogo jebałeś, Beniu, gdzie i za co?” Wszystkich, moi kochani, wszędzie i za wszystko.
Była impreza u mnie. Mieszane towarzystwo, ludzie stąd i stamtąd. Zjedliśmy, wypiliśmy i do dzieła. Ile można gadać? I o czym tu gadać, kiedy wszyscy wiedzą wszystko i nikt nic nie wie? Jak rozmawiać, kiedy nikt ani mówić nie umie, ani słuchać nie potrafi? Lepiej od razu się ruchać. A kto kogo i w jakiej konstelacji ujeżdżał, dokładnie nie powiem. Towarzystwo, jak mówiłem, wymieszane. Wszystkich nie wyliczysz. Wioleta, Andżelika, te dwie, a poza tym? Była jeszcze jedna na sto procent, chudy lachociąg z nerwowym tikiem koło oka, anoreksja nerwoza, robiła loda mnie i innym. Z wyglądu lesba, ale kto ją tam wie. Może i nie lesba. Dżesika jej było? Nie, nie Dżesika. Żaneta? Prędzej Żaneta.
No bo czym w ogóle jest imię? Czy pod innym imieniem lepiej by Żaneta wacka siorbała? Lepiej by mlaskała gruchę pod imieniem Ewelina? Lepiej by pałę ssała jako Roksana? Czy gdyby, dajmy na to, nie Żaneta była, lecz Luiza, czy już tylko z tego powodu gorzej by na drutach robiła?
Tutaj doszło do spięcia na tle pewnego nieporozumienia. Czytelnik mi wybaczy tę dygresję. Otóż gdy wychudzona na podobieństwo kościotrupa Żaneta moje berło polerowała, taki jeden typ, co się nie wiadomo skąd przypętał, łajza nieproszona, chciał mnie w trakcie tego obciągania stuknąć od tyłu w perskie oczko. Skąd on się napatoczył i kto go naraił? Wcale przy tym nie gej, bo sam go na własne oczy widziałem, jak wcześniej rypał Wioletę, co tu teraz śpi, a potem jeszcze taką jedną biodrzastą, z tłustym dupskiem, ostro bzyknął. Jak ona się nazywała? Zaraz, zaraz… Przelecieć ją przeleciałem, jak każdy, a godności nie pamiętam. Zabijcie, a nie przypomnę sobie. Gocha? Marycha? Jakieś zgrubienie to musiało być.
Obruszyłem się na niego, wracając do wzmiankowanego incydentu, i proponuję mu jak komu dobremu, łajzie skończonej, żeby swoją lagę był uprzejmy gdzie indziej wsadzić. On mnie przeprasza i że jest biseksualistą, powiada. A niech sobie będzie i biseksualistą. Co mnie do tego? Zresztą znajduje się wśród nas jeden gej, który jak raz wyszedł z klozetu, to jego niech zapina na tylną dziurkę ku obopólnej satysfakcji. Biseksualista na to, że gej tutaj obecny, owszem, jako taki jest, ale nieapetyczny, a ja w sam raz. I że nie zawsze taki był dwuznaczny, nie od małego ambiwalencją seksualnego pociągu się charakteryzował, ale ostatnio zauważył, że biseksualizm podwaja jego szanse na randkę w sobotni wieczór. Gdyż zawsze był człowiekiem samotnym.
A ja miałem kiedyś żonę. Jeszcze przed rozwodem. To, że moja żona udawała orgazmy, to nic takiego. Wszystkie kobiety umieją udawać orgazm. Za to mężczyźni potrafią udawać małżeństwo. Jednak za wiele mnie ten rozwód kosztował. W związku z tym już nigdy więcej się nie ożenię. Po co? Lepiej od razu znaleźć kobietę, której się nie lubi, i oddać jej połowę majątku.
– Zbudź się, Wiola! – mówię do śpiącej.
– Jak chcesz? – pyta zaspana i odsłania bruzdę.
– Potrenuj przysiady na kiju.
Trenowała Wiola przysiady na kiju jak jakaś gimnastyczka, jakby od małego dziecka w praktyki gimnastyczne była wprawiana, jak te małe Chinki na olimpiadzie, tak się wyginała.
– No i? – zapytała, gdy skończyła.
– Dziewięć punktów na dziesięć – powiedziałem, a ona ubrała się i poszła.
Też wyszedłem. A niby po co miałem zostać. Siedzieć sam w domu miałem i z nudów jak ten muł przy telewizji konia walić? Mogłem tego dnia parę spraw załatwić.
– Prospekt reklamowy pan weźmie? – zapytała mnie dziewczyna, na oko studentka albo z liceum taka, tylko że dobrze wyrośnięta, kiedy wsiadłem do auta.
– Nie wezmę. Idź sobie.
– Proszę wziąć, błagam! Bo nic nie zarobię. Zrobię panu loda.
– Dobra – zgodziłem się i rozpiąłem rozporek. – Ale z połykiem.
– Z połykiem, jak pan przejrzy – targowała się.
– Przejrzę.
Kiedy skończyliśmy, przekartkowałem prospekt sklepu meblowego, bo studentka patrzyła wyczekująco, zagryzając bananem, po czym pojechałem do banku, gdzie byłem umówiony na otwarcie konta. Kierownik już na mnie czekał.
– Jestem szczęśliwy, że jednak pan się zdecydował! – powitał mnie, emanując menniczą radością. Szeleścił garniturem jak nowy banknot.
– Wie pan, jest tyle banków – powiedziałem wymijająco.
– Tym bardziej się cieszymy z pana decyzji. Jako nasz nowy klient ma pan prawo do dowolnego rodzaju seksu z dowolną osobą z działu lokat – powiedział kierownik. – Woli pan skorzystać ze specjalnego prezentu na powitanie teraz czy może później, u siebie?
– Wolę teraz, jeśli można. Na wieczór mam inne plany.
– Wszystko można. Czego nie można? – zapewnił mnie kierownik, odbierając podpisaną przeze mnie umowę. – Proszę wybrać sobie którąś z pań z pokoju numer 11. Jeżeli woli pan mężczyzn, pokój numer 8 w końcu korytarza. Co do dzieci, to obecnie nie oferujemy.
– Wystarczy kobieta.
– Kamień spadł mi z serca! – gestem starego aktora teatralnego kierownik złapał się prawą ręką za wyimaginowane serce po lewej stronie. – Wykorzystywanie dzieci w celach promocyjnych niezupełnie jest zgodne z bieżącą polityką naszego banku – dodał, wkładając rękę od serca wprost do kieszeni.
Poszedłem do wskazanego pokoju i przyjrzałem się paniom pracującym przy komputerach. Dwie były w spodniach. Odpada, nie widać nóg. Jedna za stara. Przynajmniej dla mnie. Pokazałem palcem na blondynkę w spódniczce, która natychmiast podniosła się z krzesła i wyszła zza biurka. Miała zgrabne nogi w pończochach. Po uśmieszkach pozostałych pracownic poznałem, że to ją klienci zazwyczaj wybierają. Świeżo po studiach, najmłodsza. Odbywa tutaj praktykę.
– Mam na imię Ania – przedstawiła się, robiąc przy tym dyg jak uczennica ze szkoły żeńskiej, gdzie się uczy gry na pianinie, szydełkowania i francuskiego, po czym podała mi rękę ciepłą jeszcze od wklepywania danych. Podwinęła spódniczkę, obróciła się do mnie tyłem i oparła łokciami na biurku, wypinając zadek w moją stronę. Opuściłem jej stringi, rozpiąłem sobie rozporek i zaczęliśmy spółkować. Inne pracownice udawały, że nie patrzą. Obejrzałem się. Przez uchylone drzwi podglądał kierownik. Dałem mu znak podniesionym do góry kciukiem, że wszystko w porządku. Ale dość długo nie mogłem się spuścić. Nie to, że z Anią coś było nie tak, Ania była cacy, ale te kobiety w spodniach. Zwłaszcza stara mnie deprymowała. Ania starała mi się pomóc, wydając z siebie jęki jak operatorka telefonu erotycznego. A może faktycznie miała przyjemność? Z kobietami nigdy nie wiadomo.
A teraz na zakupy. No i wypadałoby coś zjeść. Niechcący przejechałem na czerwonym, ale mi się upiekło. Policjanci w radiowozie byli zajęci pobieraniem mandatu od innych nieuważnych kierowców. Jeden na przednim siedzeniu z kobietą, drugi na tylnym z mężczyzną.
Zaparkowałem przed supermarketem, jak najbliżej drzwi. Z dziesięć minut krążyłem, żeby się wcisnąć w wolne miejsce tuż przy wejściu. „A czemu – zapytacie – zawsze parkujesz jak najbliżej wejścia, Beniu? Czemu tracisz czas na manewry i bez potrzeby spalasz paliwo, które matka-ziemia produkowała miliony lat, zamiast stanąć jakieś pięćdziesiąt metrów dalej, gdzie jest pełno miejsca? Pięćdziesiąt metrów można przejść w dwie minuty, Beniu”. A bo ja wiem? – odpowiadam. Nie zastanawiam się nad tym, czemu robię to czy tamto. Gdybym się nad tym zastanawiał, tobym doszedł do nie wiadomo jakiego wniosku i do czego by to doprowadziło?
Bar szybkiej obsługi znajdował się na prawo od hali zakupów. Podszedłem do kontuaru.
– Zestaw standardowy na jedną osobę? – odezwał się do mnie chłopak w czerwonym uniformie. – W gratisie dupencja albo luj.
– Co jest w zestawie standardowym na jedną osobę?
– Podwójne frytki, podwójny hamburger i podwójny napój.
– A dupencja?
– Jedna dupencja w gratisie, do skorzystania na miejscu. Jebanko albo ciurlanie dropsa. Dla gejów jest luj. Tak samo jebanko albo ciurlanie dropsa.
– To ja poproszę zestaw standardowy i jebanko z dupencją w gratisie.
Po samotnym zjedzeniu podwójnej porcji udałem się z jedną z pracownic do pakamery obok toalety. Na drugim materacu inna dziewczyna dawała starszemu gościowi. Dziadydze nie stawał, dziewczyna ugniatała mu fiuta ręką, żeby stwardniał, a potem wpychała sobie do pipy, przewracając oczami. Słusznie mówią, że seks w pewnym wieku to jak gra w bilard za pomocą sznurka. Na trzecim materacu gej w średnim wieku rżnął młodego luja. Student zarabiający na czesne. Po odbytym stosunku gej życzył wszystkim miłego dnia. Zaliczyłem dupencję, wziąłem wózek i skierowałem się do hali zakupów. Przed bramką zaczepiły mnie dwie gimnazjalistki.
– Pan kupi mi szminkę!
– A mi lakier!
– Za młode jesteście, żeby się malować – powiedziałem.
– Oj tam, wujek! Damy ci zaruchać.
– Obie?
– No.
– To poczekajcie.
Jeździłem wózkiem między regałami. Przy kosmetycznym szminka i lakier do paznokci, przy piekarniczym chleb krojony, przy spożywczym ser i łosoś, dwa wina…
– Może ten pan nam pomoże rozstrzygnąć nasz odwieczny spór? – przy stoisku z alkoholem zwrócił się do mnie facet w skórzanej kurtce, ciemne przylizane włosy, mały czarny wąsik.
– O co chodzi? – zapytałem.
– Rzecz w tym – odpowiedział drugi mężczyzna, towarzysz tego w skórzanej kurtce, przylizanego z wąsikiem. – Rzecz jest mianowicie w tym, i o to się właśnie tutaj ścieramy, czy możliwa jest jakakolwiek twórczość bez seksu? – Drugi mężczyzna miał kręcone rude włosy i brązową marynarkę.
– Jak to bez seksu?
– Ja też tak mówię! – entuzjastycznie zgodził się ze mną rudowłosy w brązowej marynarce. – Jak to bez seksu? Sam bym tego lepiej nie ujął. Wszystko, co żyje, uprawia seks. Wszystko, co żyje, pieprzy się na okrągło, że tak powiem, w dzień i w nocy, święci czy nie święci, twórcy czy nie twórcy. A jak sobie jeden z drugim zdrowo podupczy, to i pomysły ma lepsze.
– Jednakowoż – czarny wąsik napluł na rękę i przygładził włosy z tyłu – jak wytłumaczyć zjawisko celibatu w różnych kulturach? Dlaczego od zarania dziejów tak wysoko ceniono cielesną czystość, jeśli wolno się tak wyrazić, cnotę znamionującą religijnych mężów na przykład, a niekiedy wręcz i artystów? Jakie jest pana zdanie na ten temat?
Było coś podejrzanego w niesolidnym wyglądzie tych ludzi. Sposób ich mówienia był jakiś taki nieadekwatny. Co gorsza, koszyki mieli puste, chociaż stali obok regału z alkoholem.
– Z tego co wiem, to ci tam pustelnicy i zakonnicy nie byli tacy święci – zacząłem ostrożnie.
– Święta prawda! – poparł mnie rudowłosy, rozczochrany, nie dając mi skończyć. – Masz teraz! – zwrócił się do swojego przylizanego adwersarza. – Zawsze ci to powtarzałem. Erotyczne fantazje, zmazy nocne, a wreszcie i kozy. A niby tacy święci, uduchowieni. Pomyślałbyś, że taki nawet muchy nie ukrzywdzi, szarańczę tylko je, miód leśny popija, a tu się koza nawinie i on ją ten-tego. Powód? Celibat jest sprzeczny z naturą.
– Żadną miarą nie mogę się zgodzić z takim uproszczeniem! – energicznie sprzeciwił się czarny wąsik. – A sublimacja? Wielkie idee, sztuka, religia, miłość platoniczna z czego się wzięły? Z wyrzeczenia się seksu. Energooszczędna asceza kontra marnotrawny promiskuityzm, który mózg wyjaławia.
– Przeciwnie, to właśnie z tego, że jest seks, że pociupciać sobie można, rozładować napięcie, bierze się płodna myśl o sztuce, religii czy choćby rynkach kapitałowych – tutaj kręcony w brązowej marynarce znowu spojrzał na mnie.
– Ja nie wiem – powiedziałem.
– No, właśnie! Ten pan nie wie! – podsumował z triumfem rudy rozczochraniec, pokazując ciemno przylizanemu z wąsikiem palec wskazujący w górę. – I ja też nie wiem, czemu ty się tak upierasz przy swoim mniemaniu i nie chcesz uznać, że seks jest dźwignią postępu, żyznym podglebiem subtelnego piękna, które tylko na nim wyrosnąć może, jak kwiat na gnoju.
– Jak zawsze mylisz się całkowicie, ponieważ jest na odwrót. Niech tutaj obecny pan zaświadczy. Czy gdyby taki Petrarka mógł porządnie wychędożyć Laurę, czy gdyby ją grzmocił co noc w różnych pozycjach, nie wyłączając kontaktów analnych, które, jak wszyscy wiemy, lord Byron uwielbiał do tego stopnia, że żona od niego odeszła, przez co jakość jego pisania od razu się poprawiła, i gdyby ona, to znaczy Laura, robiła Petrarce loda dwa razy na tydzień, to czy on by dla niej sonety pisał? Co pan o tym sądzi? – zapytał mnie skórkowany.
– Ja bym nie pisał – powiedziałem.
– Ten pan by nie pisał! – rzucił zwycięsko przylizaniec do rozczochrańca, dziobiąc go palcem wskazującym w połę brązowej marynarki.
– Ten pan by nie pisał i ja bym też nie pisał. – Rudy w brązowej marynarce zgodził się, ale jakoś tak pokrętnie, dla pozoru i niezupełnie. – Natomiast Petrarka dlaczego tworzył? – kontynuował rudzielec. – Bo on chodził jak każdy przyzwoity człowiek do burdelu i tam z dziewkami wszetecznymi robił to, co by robił z wyidealizowaną Laurą, gdyby mógł. A jak już sobie ulżył, to wracał do domu i skrobał sonet 132, potem 133 i 134. Wszystkie trzy bardzo ładne, nota bene, a zaawansowana numeracja niech świadczy o tym, jak często nawiedzał domy rozpusty. Petrarka mógł pisać, bo się wyżył, bo się napatrzył na te wszystkie cipki włochate z małymi wargami albo dużymi, na te szparki i bruzdki, sromy, różyczki i kuciapki, na te piczki, brzoskwinki, norki i pochewki, i na te rozetki czekoladowe i na dziurki kakaowe. On się tam tak naciupciał, że już mu się tylko sonety pisać chciało i nic poza tym.
– Ja tu widzę, że zarysowało się porozumienie między panami – wtrąciłem szybko, bo już miałem tego dość. – Czyli tak. Z jednej strony Petrarka pisał, bo nie dymał, a z drugiej strony pisał, bo dymał – powiedziałem i oddaliłem się czym prędzej.
Wrzuciłem jeszcze paczkę herbaty i stanąłem przed kasą. Tam dopiero się zorientowałem, że na wina jest promocja. Za co najmniej trzy butelki przysługiwało siorbanie ptaka, a od pięciu pełny sztos. Sklepowe dawały na zapleczu, tam gdzie krojono mięso, tyle że na stojaka, bo ruch duży, a miejsca mało. Ptaki siorbano na siedząco, w takiej wnęce przy stoisku z garmażerką. Ale już mi się nie chciało wracać do regału z alkoholem po brakujące wino, bo w koszyku miałem tylko dwa. Żeby znowu tamci się przypieprzyli? Stare pedały. Prawda, byłbym zapomniał, czekały na mnie gimnazjalistki.
– Masz, wujek, szminkę?
– A lakier?
– Wszystko mam, ale najpierw dowód wdzięczności.
Podeszliśmy do samochodu. Gimnazjalistki oparły się na masce i zadarły miniówki. Wchodziłem w nie na zmianę. Raz w jedną szparę, raz w drugą. Zastanawiałem się, w której cipie się spuszczę. W prawej czy w lewej? W prawej czy w lewej? A! Jednak w prawej.
Dałem piczkom prezenty, wsiadłem do auta i ruszyłem do domu.
Po drodze zatrzymałem się jeszcze na stacji benzynowej.
– Jaka promocja? – zapytałem chłopaka w niebieskim uniformie, żeby znowu czegoś nie przegapić.
– Bezołowiowa 95. Minimum 10 litrów. Facetom robimy laskę, kobietom minetę.
– Kto robi?
– Ja robię kobietom, a dziewczyna facetom.
– Gdzie ta dziewczyna?
– Zachorowała. Tak że dzisiaj ja robię wszystkim.
Włożyłem pistolet do dziury i wlałem 10 litrów. Potem wsiadłem do wozu, a chłopak ukląkł i zrobił mi laskę.
– Lubisz tę robotę? – zapytałem, zapinając rozporek.
– Ujdzie – odpowiedział chłopak, wycierając usta chusteczką higieniczną. – Wolę robić kobietom, tylko że dzisiaj Eliza nie przyszła.
– Dużo kobiet chce?
– Jak kiedy. Nie narobię się.
– A facetów?
– Prawie każdy. To znaczy dzisiaj prawie każdy, bo jak jest Eliza, to każdy.
– Dupy też dajecie?
– Tylko za pełne tankowanie.
Podjechałem pod dom i znowu kilka minut manewrowałem, żeby się wcisnąć w jedno wolne miejsce od strony mojej klatki schodowej. „A czemu, Beniu, nie zaparkowałeś po drugiej stronie trawnika?” – zapytacie. „Tam było więcej wolnego miejsca. Pomyśl i gadaj”. A bo ja wiem? – odpowiadam. Co tu dużo gadać. Wszyscy tak robią i nikt nic nie mówi. Co ma tu myślenie do roboty?
– A ty myślisz, kurwa, że gdzie zaparkowałeś? – zapytał nagle jeden młody, chociaż stało czterech, jakby spod ziemi wyrośli.
– Tutaj. Pod domem – odpowiedziałem.
– Tutaj jest zarezerwowane dla inwalidy.
– Jakiego inwalidy?
– Tego. – Ten, co do mnie mówił, pokazał kciukiem byczka stojącego z tyłu, który się nie odzywał.
– Ale tu nie ma żadnego znaku.
– Ja ci dam znak! – krzyknął ten, co mówił, i zdzielił mnie pięścią w twarz. Jeszcze dwaj doskoczyli do mnie i zaczęli mnie we trzech bić. Osunąłem się na kolana i skuliłem, osłaniając głowę. Nie wiem, o czym myślałem. Czy to ważne, o czym człowiek myśli, kiedy go kopią? Jak już dostatecznie zmiękłem, to mnie trzej przygnietli twarzą do ziemi i ściągnęli spodnie. Ten czwarty, co się nie odzywał ani nawet nie bił, ten inwalida się znaczy, zerżnął mnie bez słowa.


piątek, 24 marca 2017

Bobby Fischer


Umarłem z powodu niewydolności nerek w Reykjaviku, gdzie przed laty pokonałem w pojedynkę Borysa Spasskiego i cały Związek Sowiecki, reprezentując w tym meczu siebie i tylko siebie, a nie Nixona, Kissingera i innych Żydów. Wcześniej w meczach rozgromiłem czołowych arcymistrzów świata. Moje partie są ozdobą wszystkich antologii gry szachowej.
Ale nie chcę się babrać w przeszłości. Szachy są skończone. Sowieci je zniszczyli. Karpow, Kasparow i inni Żydzi. Gdybym przeżył parę miesięcy więcej, skończyłbym tyle lat, ile jest pól na szachownicy.
Podtrzymuję to wszystko, co powiedziałem dla Radia Bombo na Filipinach. Atak na World Trade Center to cudowna wiadomość. Stany Zjednoczone są rządzone przez brudnych Żydów i trzeba je wymazać z powierzchni ziemi. Wszyscy w Ameryce powinni wrócić, skąd przybyli, a ziemię należy oddać Indianom. Rząd Stanów Zjednoczonych do spółki z Izraelem od lat terroryzuje i morduje Palestyńczyków, a mnie zawsze prześladowali i chcieli zabić.
Wtrącili mnie do więzienia i torturowali w Pasadenie pod grubymi nićmi szytym pretekstem mojego podobieństwa do sprawcy napadu na bank. A kiedy po dwudziestu latach postanowiłem bronić swojego tytułu w Jugosławii w meczu rewanżowym ze Spasskim, mimo sankcji nałożonych na ten kraj przez wysługujący się Żydom przestępczy rząd Busha, wydano nakaz postawienia mnie przed amerykańskim sądem, który skazałby mnie na więzienie i powolną śmierć.
Dlatego zamieszkałem w Japonii. Ale na polecenie Żydów z ambasady odebrano mi paszport i aresztowano na lotnisku w Tokio. Przez wiele miesięcy przetrzymywano mnie w areszcie, gdzie byłem najstarszym więźniem i cierpiałem na zawroty głowy, zanim mnie uwolniono i poleciałem do Reykjaviku.
Wszystkie te działania były nielegalne. Rzekome akta FBI, według których moim ojcem był węgierski Żyd Nemenyi, to spreparowane przez agentów fałszywki od początku do końca, nie ma tam ani jednego słowa prawdy. Mój ojciec na pewno był Niemcem. Moja matka, z którą zerwałem stosunki w wieku lat szesnastu, była pochodzącą z Polski Żydówką. Czego się można spodziewać po komunistce?
Ja nigdy Żydem nie byłem i wysłałem sprostowanie do Jerozolimy, aby mnie ze swojego spisu wykreślili. A jeśli i tego mało, to ich zapraszam do toalety, gdzie mogę pokazać, że nie jestem obrzezany.
Mówią, że kiedy dawałem indywidualne lekcje szachów i udzielałem konsultacji telefonicznych, co było moim źródłem utrzymania po tym, jak kierowana przez Żydów międzynarodowa federacja szachowa FIDE bezprawnie zabrała mi tytuł mistrza świata, to jednym z moich uczniów był Bob Dylan. Ja tego nie pamiętam, ale jeśli zapłacił dziesięć tysięcy dolarów, to możliwe. Mało mnie to interesuje, ja go nie słuchałem. Śpiewał beczącym głosem pokrętne teksty, jak to Żyd.
Podobno do tego samego liceum w Brooklynie chodziła Barbara Streisand. A co mnie to obchodzi. Niech nikt nie wymaga, żebym pamiętał wszystkie Żydówki, które nie umieją grać w szachy. Rzuciłem szkołę, kiedy zostałem arcymistrzem.
Jeśli chodzi o tamten test na inteligencję przeprowadzony przez władze oświatowe, o którym pisały gazety, gdzie uzyskałem ponad 180 punktów, to zupełnie tego nie kojarzę. Na pewno byłem inteligentniejszy niż ci wszyscy durnie.
Jak powiedziałem, nie czas wracać do tego, co minęło, ale odpowiem tym, którzy twierdzą, że głupio zrobiłem, nie broniąc tytułu mistrza świata na warunkach narzuconych przez Żydów z FIDE, sterowanych przez chcących mi odebrać tytuł Sowietów, gdy mi za grę oferowano dziesiątki milionów dolarów. Szachy to moje życie. Moje życie to nie geszeft.
A czy w rezultacie, gdybym się jednak zdecydował zagrać i wygrał mecz z Karpowem, co było rzeczą oczywistą, i został bohaterem narodowym, i promował szachy, i doszłoby do niespotykanego w dziejach boomu, i szachy by zyskały bogatych sponsorów, grałyby w tę grę miliony zdolnych dzieciaków, organizowano by wielkie turnieje, których za moich czasów było w Ameryce tyle co kot napłakał, to co z tego? I tak Żydzi najwięcej by na tym zyskali. Dlatego nie pytaj, co ja mogłem zrobić dla kraju, kiedy kraj nic nie zrobił dla mnie.
I jeszcze jedno. Nie podpisałem milionowego kontraktu reklamowego z firmą Coca-Cola, bo nie piję tego gówna. Niszczy szkliwo.
Skoro mowa o zębach, łatwo śmiać się tym wszystkim, na których myśli nikt nie chce wpływać, z tego, że kazałem sobie usunąć z zębów plomby, ponieważ w takiej plombie możliwe jest zamontowanie miniaturowego nadajnika, za pomocą którego ktoś mógłby kontrolować mój umysł. Nie wiem jak teraz, ale za moich czasów większość dentystów w Brooklynie była Żydami.